Zacznę może od tego, że zawsze oczekiwano ode mnie jakiejś autocenzury.

Nigdy nie chciałam być jak reszta, ponieważ zawsze pragnęłam więcej. Więcej od życia. Więcej od siebie. Więcej od miłości.

Jednak bardzo szybko studzono mój zapał, ponieważ każdy miał własną wizję tego, kim powinnam być i w którym kierunku powinnam podążać.

Jak powinnam się zachowywać.

Co wypada kobiecie.

O czym powinna marzyć.

A o czym lepiej milczeć.

I przez lata próbowałam się w tym wszystkim odnaleźć.

Byłam żoną.

Matką.

Opiekunką.

Często stawiałam potrzeby innych ponad własne.

Coraz rzadziej pytałam siebie, czego naprawdę chcę.

Po rozwodzie przyszło wiele zmian.

Niektóre były konieczne.

Inne bardzo bolesne.

Ale wszystkie zmusiły mnie do spojrzenia na swoje życie z zupełnie innej perspektywy.

Pamiętam moment, w którym pogodziłam się z myślą, że prawdopodobnie zostanę sama.

Nie dlatego, że tego chciałam.

Po prostu uznałam, że być może tak właśnie będzie wyglądała reszta mojego życia.

Że pewne marzenia nie są już dla mnie.

Że pewne drzwi zamknęły się bezpowrotnie.

I właśnie wtedy pojawił się On.

Nie uratował mnie.

Nie stworzył Lilith.

Ale przypomniał mi, że ona nadal istnieje.

Przypomniał mi o marzeniach, które schowałam zbyt głęboko.

O odwadze, którą zgubiłam gdzieś po drodze.

O kobiecie, która kiedyś wierzyła, że może być sobą bez przepraszania za to świata.

Powoli zaczęły wracać marzenia.

Pojawiły się cele.

Pragnienia.

Fantazje.

I bardzo powoli zaczęła pojawiać się prawdziwa ja.

Nie ta, którą chcieli widzieć inni.

Nie ta, która przez lata cenzurowała własne myśli, słowa i uczucia.

Prawdziwa.

Lilith nie narodziła się dzięki Niemu.

Lilith zawsze była we mnie.

To On przypomniał mi tylko, gdzie jej szukać.

Może właśnie dlatego powstał Dziennik Lilith.

Nie po to, żeby kogokolwiek przekonywać.

Nie po to, żeby udowadniać swoją wartość.

Ale po to, żebym już nigdy więcej nie musiała milczeć.

Żebym nie zapomniała, kim jestem.

I żebym już nigdy więcej nie przepraszała za to, że jestem sobą.

Wstyd

Czym jest dla mnie wstyd?

Myślę, że przez większość życia był moim najwierniejszym towarzyszem.

Siedział cicho gdzieś obok. Nie krzyczał. Nie groził.

Po prostu szeptał.

“Nie rób tego.”

“Nie mów tego.”

“Nie wychylaj się.”

“Co ludzie powiedzą?”

I słuchałam go.

Słuchałam tak długo, że zaczęłam wierzyć, że jego głos jest moim własnym.

Wstyd nauczył mnie chować łzy.
Chować gniew.
Chować pragnienia.
Chować marzenia.

Nauczył mnie przepraszać za to, że zajmuję miejsce.

Za to, że czuję.

Za to, że chcę być kochana.

Za to, że chcę więcej od życia niż tylko przetrwać.

Dziś myślę, że wstyd jest jedną z najcięższych rzeczy, jakie kobiety niosą przez życie.

Bo nie rodzimy się ze wstydem.

Dziedziczymy go.

Od matek.
Od babek.
Od kobiet, które przyszły przed nami.

Kobiet, które nauczyły się milczeć, żeby przeżyć.

Kobiet, które marzyły o innym życiu, ale nigdy nie miały odwagi po nie sięgnąć.

Kobiet, które całe życie były dla wszystkich, tylko nie dla siebie.

Ich lęki stały się naszymi lękami.

Ich wstyd stał się naszym wstydem.

I nawet dziś, kiedy świat mówi nam, że jesteśmy wolne, wiele z nas nadal żyje w niewidzialnej klatce.

Ja też.

Jeszcze niedawno myślałam, że jeśli będę wystarczająco dobra, wystarczająco grzeczna, wystarczająco cicha, to w końcu zasłużę na miłość.

Dopiero życie pokazało mi, jak bardzo się myliłam.

Rozwód.

Straty.

Samotność.

Wieczory, kiedy siedziałam sama ze swoim bólem i nie miałam już dokąd uciec.

To właśnie wtedy zaczęłam spotykać siebie.

Tę prawdziwą.

Nieidealną.

Poranioną.

Tę, która czasem płacze.

Tę, która czasem się boi.

Tę, która mimo wszystko nadal wierzy w miłość.

I zrozumiałam coś bardzo ważnego.

Nie wstydzę się już swoich blizn.

Wstydzę się jedynie wszystkich lat, które oddałam strachowi.

Wszystkich słów, których nie wypowiedziałam.

Wszystkich drzwi, do których nie zapukałam.

Wszystkich marzeń, które odłożyłam na później.

Bo prawda jest taka, że życie nie czeka.

Mija.

Dzień po dniu.

Rok po roku.

Aż pewnego dnia patrzysz w lustro i pytasz siebie:

“Gdybym przestała się bać, jak wyglądałoby moje życie?”

Ja dopiero uczę się odpowiedzi.

Ale wiem jedno.

Nie chcę już być kobietą, która przeprasza za swoje istnienie.

Nie chcę być mniejsza, żeby inni mogli czuć się więksi.

Nie chcę ukrywać swojej prawdy pod warstwami wstydu.

Bo po drugiej stronie wstydu nie znalazłam potępienia.

Znalazłam wolność.

I pierwszy raz od bardzo dawna czuję, że wracam do domu.

Do siebie.