Dziś śniłam dwa sny.
W pierwszym ktoś przytulał mnie przez sen.
Czułam ciepło.
Spokój.
I usłyszałam:
„Kocham Cię, malutka.”
Obudziłam się ze łzami w oczach.
Nie dlatego, że uwierzyłam w te słowa.
Ale dlatego,
że całe życie czekałam,
aż ktoś powie je tak,
żebym nie musiała się bać.
Potem zasnęłam znowu.
I wrócił stary świat.
Mój ex leżał obok mnie.
Mówił o rybach.
O alkoholu.
O jakimś wielkim domu.
A ja nie słuchałam.
Patrzyłam na pokoje.
Liczyłam łóżka.
Zastanawiałam się,
gdzie położyć dzieci.
Czy dla niego też zrobić miejsce.
I nagle poczułam ten dawny ciężar.
Tak dobrze mi znany.
Wiecie, co jest najdziwniejsze?
Że przez wiele lat uważałam to za miłość.
To ciągłe czuwanie.
To życie z jedną nogą w gotowości.
To sprawdzanie, czy wszyscy są szczęśliwi.
Czy dzieci mają wszystko.
Czy on jest zadowolony.
Czy dom jeszcze stoi.
A gdzieś po drodze…
zupełnie zapomniałam zapytać,
czy ja jestem szczęśliwa.
Dopiero teraz widzę,
że nie byłam kobietą.
Byłam strażnikiem.
Ratownikiem.
Żołnierzem.
Nosiłam zbroję tak długo,
że zaczęłam wierzyć,
że to moja skóra.
A potem wydarzyło się coś,
co dla innych może wydawać się śmieszne.
Ktoś pomógł mi założyć buty.
Tak zwyczajnie.
Tak spokojnie.
Z takim skupieniem,
jakby nie istniał nikt inny.
I nagle przypomniałam sobie,
że kiedyś robiła to moja mama.
A potem już nikt.
Bo przecież ja radziłam sobie sama.
I właśnie wtedy coś we mnie pękło.
Bo zrozumiałam,
że ja nie tęsknię za wielką miłością.
Nie tęsknię za namiętnością.
Nie tęsknię za zachwytem.
Ja tęsknię za tym,
żeby nie musieć być silna.
Żeby położyć głowę na czyimś ramieniu
i nie zastanawiać się,
czy jutro nadal będę kochana.
Żeby ktoś poprawił mi kołdrę.
Przytulił przez sen.
I żebym nie musiała zasłużyć sobie na tę czułość.
Może właśnie dlatego ten sen tak mnie wzruszył.
Bo pierwszy raz od bardzo dawna
nie śniłam o tym,
jak uratować świat.
Śniłam o tym,
jak pozwolić światu
zaopiekować się mną.
I to jest dla mnie
najtrudniejsza lekcja miłości.
🌹Lilith